
Aha. Nie obyło się bez małej przygody! Pod koniec fotografowania przyszedł do nas lis. Jako, że my byliśmy na wierzchołku skały, bo Bartek pozował na tle Rzędkowickiej panoramy, wszystkie niepotrzebne rzeczy zostawiliśmy trochę poniżej. Lisek przyczaił się, podszedł do naszych rzeczy i nagle „hap!” – chwycił reklamówkę, w której mieliśmy kostkę magnezji i woreczek z magnezją i dawaj, w te pędy do lasu. Ja go zaczełam gonić, ale po chwili stwierdziłam, że to bezoowocne. Lis natomiast, obwąchawszy zawartośc siatki stwierdził, że nie ma tam nic do jedzenia i wrócił. Tym razem capnął woreczek na buty i tak samo uciekł do lasu, po czym wrócił. Mieliśmy z niego niezły ubaw, tym bardziej, że zamierzył się na dużą sportową torbę,w której była większość sprzętu i całość była bardzo ciężka. Chwycił zębami za taśmy, ale gdy zorientował się, że torba jest cięższa od niego, wystraszył się, puścił i uciekł, po czym... znowu wrócił. Artur zszedł do niego z aparatem, ja się okropnie bałam, żeby mnie nie ugryzł, więc robiłam zdjęcia z góry. W końcu lisek się znudził i dał nam spokój. Ale chudzielec był z niego straszny!
0 komentarze:
Prześlij komentarz